POD CIEMNĄ
SKÓRĄ FILIPIN


Zdjęcia: Tomasz Owsiany

 

O OPĘTAŃCZYCH TAŃCACH, SZAMANACH I ZAKLĘCIACH.
O PALENIU TYTONIU Z PLEMIENIEM AYTÓW. O POBYCIE
W KOLONII KARNEJ WŚRÓD WIĘŹNIÓW. O CZYM JESZCZE?
SPECJALNIE DLA FINELIFE - TOMASZ OWSIANY
I JEGO WYPRAWA NA FILIPINY.

fineLIFE: Dlaczego Filipiny? Skąd wziął się pomysł na taką wyprawę?

Tomasz Owsiany: Po dziewięciu miesiącach spędzonych na madagaskarskiej
prowincji chciałem poznać od kuchni jedno z państw w regionie Azji
Południowo-Wschodniej. Szukałem miejsca różnorodnego kulturowo,
niezadeptanego przez turystów i słabo w Polsce opisanego, ponieważ
nadrzędnym celem wyprawy miało być zgromadzenie ciekawego materiału
do nowej książki. Wiedziałem też, że wybiorę region słabo rozwinięty.
Powszechny dobrobyt to jednak rodzaj urawniłowki zacierającej lokalny
sznyt na rzecz ogólnoświatowych udogodnień. Filipiny, które były moim
planem B, okazały się strzałem w dziesiątkę. W pierwszej kolejności miałem
na celowniku Papuę Nową Gwineę, ale z przyczyn formalnych musiałem
schować ją do szuflady. Tymczasem Filipiny już na papierze okazały się
fascynującym krajem. Nie układałem sztywnego programu wyprawy.
Zarezerwowałem sobie osiem miesięcy, nauczyłem się wstępnie języka
tagalskiego i wybrałem pewne plemiona, grupy i zagadnienia, które potem
badałem na miejscu. Postanowiłem kierować się kluczem różnorodności:
kulturowej, etnicznej, ekonomicznej i geograficznej. Przyjąłem też zasadę,
że jestem uczestnikiem, a nie widzem i że we wszystkich aspektach naśladuję
goszczącą mnie społeczność.

fL: Jakie są Filipiny? Co to za miejsce?

T.O.: Musiałbym pewnie poświęcić pół życia, żeby poznać odpowiedź na to
pytanie, odpowiem więc ogólnikami. Jest to przede wszystkim kraj mocno
zróżnicowany i niespójny wewnętrznie, między innymi z racji swojego
wyspiarskiego rozczłonkowania. Każda wyspa, każda prowincja czy grupa
etniczna ma odczuwalnie inny charakter. Jest to po części skutek mieszania
się w przeszłości wielu kultur: rdzennej plemiennej, muzułmańskiej
o korzeniach malajskich, chińskiej, hiszpańskiej, meksykańskiej oraz
amerykańskiej, która dziś zdominowała pozostałe. Jest to kraj, w którym
można znaleźć bez mała wszystko, tyle że dystrybucja jego zasobów
w społeczeństwie jest bardzo nierównomierna. Stąd też częste
przedstawienie Filipin jako kraju olbrzymich kontrastów. To również
miejsce, w którym można znaleźć chyba wszystkie istniejące rozrywki
poza narciarstwem i jazdą na wielbłądach oraz skorzystać ze wszystkich
możliwych usług. Trzeba jednak mieć świadomość, że wybierając miejsca
atrakcyjne i wygodne, będziemy zazwyczaj rozbijać się o eksportową fasadę kraju.

fL: Spędziłeś wiele dni z tamtejszą ludnością. Jacy są Filipińczycy?

T.O.: Zanim spróbujemy odpowiedzieć, jacy są Filipińczycy, zastanówmy się,
kim są. Mówimy w końcu o stumilionowym narodzie rozproszonym na blisko
dwóch tysiącach zamieszkałych wysp, posługującym się ponad stu
trzydziestoma językami i dialektami. Dla Filipińczyków najważniejsza jest
tożsamość lokalna, do tego stopnia, że niektórzy nie identyfikują się z flagą
czy narodową symboliką. Ich horyzonty często ograniczają się do najbliższych
okolic. To mnie nierzadko pytano, jak wyglądają prowincje położone raptem
trzysta kilometrów dalej. Co za tym idzie, każda społeczność jest nieco inna.
Trudno też porównywać mieszkańca plemiennej wioski, który gołymi rękoma
łowi krewetki w potoku z człowiekiem z miasta, który zasiada przed komputerem w banku. Wspólnym mianownikiem Filipińczyków jest na pewno ich niezwykła rodzinność i towarzyskość, co widać już w samym języku tagalskim. Do przekupki na targu można swobodnie zwrócić się per ate, starsza siostro. Najbliżsi sąsiedzi są jak krewni, a idąc w odwiedziny zawsze można zabrać ze sobą kilkoro znajomych. Piękną, choć wymierającą tradycją jest bayanihan, darmowa sąsiedzka pomoc przy budowie, zbiorach lub porządkach. Filipińczycy są też niezwykle gościnni. Postawienie krzesła, podanie kawy i podzielenie się jedzeniem jest tam niemal odruchem. Można śmiało udać się w ciemno do nieznanej miejscowości i po rozmowie z szefem czy kapitanem dzielnicy znaleźć gdzieś przyjazny kąt. A kiedy wejdziesz już do społeczności, Twoi znajomi będą sobie stawiać Twoje bezpieczeństwo za punkt honoru. I zawsze siądą pod rynną, żebyś ty sam nie zmókł. Są bardzo pomocni, o ile jest to pomoc natychmiastowa. W przeciwnym razie dużo naobiecują, ale niewiele z tego będzie, jeśli nie będziesz wiercił dziury
w brzuchu. To filipiński słomiany zapał. Trudno nie cenić firmowego uśmiechu Filipińczyków, który jest jednocześnie ich sposobem na przezwyciężenie trudności. Owszem, sporo narzekają na władzę i sytuację w kraju, ale zaraz potem wracają do dyżurnego uśmiechu. Inną strategią przetrwania jest ich wyuczona obojętność, choćby na to, że sąsiad od świtu puszcza ogłuszającą muzykę. Do wielu spraw podchodzą z dystansem, ale ma to i ciemną stronę, bo ów dystans idzie z reguły w parze ze zwykłą niesolidnością i degrengoladą. Może być jak bądź, byle by było fajnie.
O właśnie, to bezpłciowe słowo „fajnie” dobrze tu pasuje. Pewnie przez to powszechne rozleniwienie Filipińczycy wybierają na ogół utarte ścieżki
i prowadzą schematyczne rozmowy. Własny kraj i siebie samych postrzegają bardzo stereotypowo. Gloryfikują Manilę, demonizują Mindanao itd. Niektórzy nadal myślą, że ludzie z plemienia Igorotów czy Mangyanów mają ogony. Mimo powszechnego dostępu do Internetu często nie znają nawet nazw poszczególnych kontynentów i są w stanie palnąć największą geograficzną bzdurę. Licząca dwadzieścia milionów klasa średnia to na ogół ludzie postrzegający świat poprzez pryzmat Facebooka i mydełkową popkulturę. Myślę, że wybory miss świata, którą nota bene została ostatnio Filipinka, z całym ich kiczem, frazesami i plastikową słodyczą, dobrze oddają upodobania lepiej sytuowanej części społeczeństwa. Ci najbardziej wykształceni, to często ciekawi rozmówcy: kosmopolici, którzy jednocześnie nie tracą atutów swojej filipińskości. Szufladkuję oczywiście w tej chwili, ale nie mamy miejsca na głębszą analizę.

 

fL: Czy trudno było nawiązać relacje z tamtejszą ludnością?  

 T.O.: Nawiązanie jakichkolwiek relacji jest szalenie proste, co wynika
ze wspomnianej już otwartości. Wie o tym chyba każdy, kto spędził
choć kilka dni na Filipinach. Tamtejsze życie rodzinne toczy się jedną
nogą na zewnątrz - wiele drobnych robót wykonuje się przy drodze,
nawet zabiegi kosmetyczne. Struktura wielu prostych domów wpuszcza
do wewnątrz cudze odgłosy i wzrok. Bezpośredni kontakt z innymi jest
więc dla ludzi zupełnie naturalny, tak jak nienaturalne jest budowanie
barier. Uogólniając nieco, dla Filipińczyków drugi człowiek z założenia
niesie ze sobą coś pozytywnego. Trudniej natomiast jest nawiązać bliższe
więzi. Najpierw trzeba się uwolnić od piętna białej skóry. Uchodzimy tam
bowiem za przyzwyczajonych do wiecznej obsługi fajtłapów,  z którymi
trzeba się cackać jak z jajkiem. To przekonanie jest tak silne, że nawet po
opowiedzeniu całej historii o moim życiu z plemionami czy o zbieractwie
w dżungli, potrafiłem usłyszeć pytanie, jak sobie poradzę w szałasie bez
klimatyzacji. Problemem nie było dla mnie dostosowanie się do miejscowych
standardów i zwyczajów, a raczej przekonanie ludzi, że w Polsce też czasem 
rąbie się drewno i że z reguły kończy się tę czynność z kompletem palców. 
Język tagalski, najbardziej uniwersalny z filipińskich języków, odgrywał
w integracji dużą rolę, bo przełamywał dość powszechną nieśmiałość 
i świadczył o mojej chęci wzajemnego poznania. Poza tym po angielsku
w wielu sytuacjach w ogóle bym się nie dogadał. Myślę, że w każdym
miejscu na świecie ludzie wyczuwają intuicyjnie, czy przyjeżdża się do
nich jak na safari, czy też podchodzi z szacunkiem i autentycznym
zainteresowaniem. Wtedy lokalne kompleksy zmieniają się w satysfakcję
i dumę. To zresztą chyba najcenniejsze, czym można im się odwdzięczyć.
Jeśli będziesz jadł ze smakiem to co oni i tak jak oni – rękoma i jeśli
naprawdę urobisz się przy wspólnej pracy, zaczną traktować cię niemal
jak rodzinę. Kiedy dostawałem moją własną porcję betelu do żucia,
specjalnie napisany dla mnie wiersz lub gdy ktoś w wiosce zostawiał
mi swoje dziecko do opieki, byłem naprawdę szczęśliwy. Wiedziałem,
że już nie jestem obcy.

fL: Czy miałeś jakieś zdarzenie, które Ciebie najbardziej zaskoczyło?

T.O.: Każdy dzień składał się z mniejszych lub większych zaskoczeń, więc
gdyby nie jedno zdarzenie, nie miałbym żadnego kandydata do podium.
Bo jak zdecydować, czy bardziej zaskakujące jest to, że wysoki urzędnik
miejski zakłada co piątek koszulkę z ochronnymi zaklęciami, czy to, że
w regulaminie dużej firmy kurierskiej zaznacza się, że firma nie ponosi
odpowiedzialności, jeśli coś po drodze pójdzie nie tak z woli Bożej?
A zdarzenie, o którym mówię jest o tyle zaskakujące, że wciąż nie potrafię
go wyjaśnić. Miało to miejsce w wiosce na przedgórzu należącej do
plemienia ciemnoskórych Aytów. Mieszkałem w chatce na zboczu
u ate Sonii, o której było wiadomo, że nosi w sobie dobrego ducha anitu.
Aytowie od niepamiętnych czasów odprawiali opętańcze tańce, które
mogły sprowadzić złego, demonicznego anitu albo dobrego, opiekuńczego
ducha. Mąż Soni powiedział, że gdy siądziemy wieczorem w ciszy, a Sonia
zacznie rozmawiać z duchem, usłyszę jego głos. Jak cichy śpiew ptaka
wymieszany z szumem fal radiowych. I dokładnie to usłyszałem. W pobliżu
nie było nikogo. Oboje trzymali ręce na kolanach, a usta mieli zamknięte.
Nie jestem skory do wiary w siły nadprzyrodzone, ale w tym wypadku… kto wie?

fL: Czego nauczyła Cię ta podróż?

T.O.: Nauczyła mnie mnóstwo o samym miejscu, bo też jechałem właśnie po to, żeby dowiedzieć się jak najwięcej. Domyślam się jednak, że w tym pytaniu chodzi raczej o jakąś naukę życiową. Pierwsze zderzenie z diametralnie inną mentalnością i kulturą przeżyłem już wcześniej na Madagaskarze, gdzie przez dziewięć miesięcy mieszkałem na dość wymagającej prowincji. I może dlatego pobyt na Filipinach nie wpłynął szczególnie na mój światopogląd. Na pewno natomiast nauczył mnie nieco reporterskiego rzemiosła. To była moja pierwsza próba stricte reporterskiego podejścia do podróży, a co za tym idzie, mimo różnych sukcesów, popełniałem błędy, z których próbuję wyciągać wnioski. Przede wszystkim nie zawsze w pełni wykorzystywałem niepowtarzalne okazje, takie jak spotkanie w więzieniu z jednym z mózgów terrorystycznej organizacji NPA. Dowiedziałem się od niego wielu ciekawych rzeczy, ale mogłem z tej rozmowy wynieść dużo więcej. No i niestety po trzydziestu latach bezwzględnego niepalenia „nauczyłem” się palić tytoń. Zaczęło się u plemienia Aytów, którzy kopcą od rana do wieczora. Najpierw był to mój sposób budowania więzi z nimi, a potem mi się spodobało. Te ciemne, delikatnie zamszowe liście z żyłkowanym wzorem zwinięte w cygaro zaczęły mnie nęcić. Poza tym jakoś pasowały do tamtego organicznego świata, gdzie często chadzało się boso i czuło ziemię pod stopami. Przywiozłem do Polski duży zapas filipińskich cygar i teraz palę je sobie pisząc książkę. Trudno, ale przynajmniej robię to „na Clintona”: palę, ale się nie zaciągam.

fL: Czy miałeś jakieś niebezpieczne sytuacje podczas wyprawy?

T.O.: Nie bezpośrednio. Wszystkie zbłąkane kule i zwierzęce kły mnie
ominęły. Czy na szczęście? Właściwie nie wiem. Wiele niebezpieczeństw
chciałbym przeżyć, o ile bym wyszedł z nich bez szwanku. Byłem natomiast
w sytuacjach, które mogły się źle skończyć. Spędziłem na przykład pięć dni
w kolonii karnej na wyspie Mindoro, również wśród więźniów w bloku
o maksymalnym rygorze. Brzmi to groźniej, niż powinno, ale z rzadka
dochodzi tam do zabójstw i innych aktów agresji. Gdyby ktoś chciał się
na mnie targnąć, miałby po temu sporo okazji. Najbardziej ryzykowna była
natomiast wyprawa do obozu grupy paramilitarnej na wyspie Mindanao,
która już sama w sobie jest strefą podwyższonego ryzyka, m.in. ze względu
na działalność grup islamistycznych. Na obszarze, w którym byłem raz po
raz dochodzi do regularnej wymiany ognia. Obóz, w którym rozmawiałem
z dowódcą grupy, był rok wcześniej zaatakowany przez duży oddział NPA,
komunistycznej partyzantki antyrządowej, i zginęło wówczas osiemnaście
osób. Nie wiedziałem, jak zostanę tam przyjęty. W niektórych bojówkach
narosła ogromna nieufność, a podejrzenie o szpiegostwo mogłoby mnie
drogo kosztować.

fL:  A jakie tamtejsze zwyczaje najbardziej Ciebie zachwyciły lub przeraziły?

T.O.: Nie przypominam sobie takich – zachwyt i przerażenie to dość mocne
słowa. Natomiast z całą pewnością najbardziej szokującą praktyką, w jakiej
brałem udział, był tradycyjny pogrzeb pewnego staruszka wysoko w górach,
w wiosce należącej do ludu Kankanaey. Jednym z etapów ceremonii było
przewinięcie monstrualnie zgniłych, zzieleniałych zwłok, a działo się to na
oczach całej społeczności, w tym dzieci. Zwłoki nie były balsamowane i sześć
dni leżały zawinięte w koc. Najtrudniejszy do zniesienia był trupi fetor,
którym przesiąkła także ziemia. Po złożeniu ciała w grobowcu na skalnej półce,
w miejscu przewijania zwłok postawiono misy z jedzeniem, a stypa trwała dalej
w mdlącym smrodzie. Było to jedno z najciekawszych, ale i najtrudniejszych
doświadczeń. Myślę też, że gdybym był świadkiem sądów bożych, jakie mają
czasem miejsce wśród niektórych plemion, też by mnie to potem prześladowało.
Choćby scena wyciągania kamyka z dna beczki pełnej wrzątku. A gest, który
może nie tyle mnie zachwycił, co wzruszył, też miał związek ze śmiercią. Kiedy
mieszkałem w domu wodza z plemienia Talaandig, umarł akurat stary,
trzynastoletni kogut, którego wódz chował jak przyjaciela. Następnego dnia
nakazał „pochować” nieżyjącego ptaka na drzewie, ponieważ koguty co wieczór
zasypiają na drzewach i jego ostatni sen powinien odzwierciedlać porządek natury.

fL: Filipiny to wulkany, rajskie plaże, laguny... co jeszcze? Co Ciebie najbardziej urzekło?

T.O.: Filipiny to też morze śmieci, zatykający smród, żołnierze nękający
wieśniaków i policjanci ciągnący profity z nielegalnych połowów.
To rzeczywiście piękny kraj, ale nie oczekuj proszę, że będę podsyłał same
lukrowane widokówki. Taka wizja jest wybiórcza i dosyć naiwna.
Pamiętajmy też, że krajobraz, to tylko scenografia, w której rozgrywa się
życie ludzi, a to ono stanowi esencję kraju. Wśród miejsc, które urzekły
mnie najbardziej są głównie lasy, góry i łąki, które pociągają mnie znacznie
bardziej niż biały piasek, palmy i lazurowa woda. Jednym z nich był
przepiękny stary las w górach na Mindanao, przez który szedłem błotnistą
drogą do obozu partyzantów. Na pewnym odcinku drogi wśród pni
o fantazyjnych kształtach rosły dzikie czerwone kwiaty. To był niemal 
baśniowy, leśny ogród. Miałem też swój ulubiony szczyt w górach Cordillera
nieopodal wioski, w której mieszkałem. Często tam chodziłem. Siedziałem
wtedy sam, wśród traw, owadów i górskich kwiatów. Dookoła miałem
przestrzeń i niezwykle malownicze zbocza pokryte setkami starych tarasów
ryżowych. Z wielu zboczy spływały wodospady, a gdzieś w oddali stały luźno
rozrzucone drewniane chaty. Prawie każdego wieczoru można tam było
podziwiać zachwycające zachody słońca. Gra światła była wręcz
surrealistyczna, jak wspaniały multimedialny pokaz rozgrywany wśród chmur
wszystkich kształtów i odcieni. Przepiękny jest też skrajnie północny
archipelag Batanów, nazywany trafnie filipińską Szkocją. Najbardziej lubiłem
tam chadzać samotnie po ciągnących się kilometrami pastwiskach,
schodzących ku oceanowi i przechodzących w morskie skały. Mnóstwo
tych miejsc. Gdybym wymieniał dalej, nie zmieścilibyśmy się w jednym
wydaniu magazynu. Filipiny to wymarzone miejsce dla każdego przyrodoluba.

fL: Chciałbyś tam wrócić?

T.O.: Chciałbym tam wrócić dla podtrzymania więzi z miejscem i ludźmi.
Z wieloma szczerze się zaprzyjaźniłem, choć nasze drogi nie miały prawa się
przeciąć. Sądzę, że ciotka Marlene z plemienia Aytów czy wuj Erni – szaman
z wioski rybackiej na Batanach, ucieszyliby się na mój widok nawet po kilku
latach. Myślę też, że gdybym wrócił na Filipiny jako czterdziestolatek, nadal
czułbym się tam bardzo swobodnie. Pamiętam taki moment w ósmym
miesiącu pobytu, kiedy wracałem od partyzantów czymś w rodzaju
skrzydlatego motoru: po obu stronach motocyklu były przyczepione
drewniane półki, na których trzeba było się wyłożyć, mając partnera po
drugiej stronie. Pędziłem w ten sposób przez błotniste drogi, wśród pól
dojrzewającego ryżu w przepięknej prowincji Bukidnon na Mindanao.
Sytuacja zupełnie egzotyczna, ale z tyłu głowy nie krążyła mi już myśl:
jesteś na drugim krańcu globu. Zastanawiałem się wtedy tylko, gdzie lepiej
kupić durian, mój ulubiony owoc, kiedy już dojadę do miasta. Poczułem
wtedy, że w pewnym sensie byłem tam u siebie. To chyba jedna
z najcenniejszych rzeczy, jakie mogą dać nam podróże: oswojenie kawałka
świata, który nie był nam pisany.

FB/towsianyautor