MARZENA UGORNA - PROSTO I Z SERCA
Marzena Ugorna jeśli się śmieje - to na cały głos, jeśli się wita – to najserdeczniej na świecie, jeśli śpiewa - to na maxa. Uściśnie, przytuli szczerze i powie coś od serca. Charakterna jak burza jej ciemnych włosów i wielkie ciemne oczy. I choć nie wygrała programu „The voice of Poland” nie da się zapomnieć jej charakterystycznego, mocnego głosu kiedy śpiewa „Zegarmistrza światła”. Dziś, wszystko robi po swojemu i gra w całej Polsce. Za chwilę świat o niej usłyszy.

 

Patrycja Toczyńska: Jak to się stało, że znalazłaś się w programie „The voice of Poland”?

Marzena Ugorna: Chciałam śpiewać po prostu. Szukałam współpracowników, ludzi z którymi mogę zrobić coś fajnego. Pokazać się szerszej publiczności. Wysłałam zgłoszenie do „The Voice” Najpierw były precastingi, które ku mojemu zdziwieniu przeszłam, a potem sam program.

P.T.: Zdziwieniu? Skąd ten brak wiary we własne możliwości?

M.U.: Zupełnie inaczej podchodzę do tego rodzaju programów. Zamiast się cieszyć, że to dla mnie szansa.To już na zapas się zamartwiałam, żeby nic nie wymknęło mi się spod kontroli, żeby pozostać sobą. Żebym była to naprawdę ja, a nie jakiś produkt marzenopodobny. Wiedziałam, że podpisanie umowy w programie już do czegoś zobowiązuje. Stajemy się wtedy częścią scenariusza.

P.T.: Trafiłaś do półfinału, ale nie wygrałaś programu. Jakie myśli pojawiły się wtedy?

M.U.: Nie było rozczarowania, a raczej „Ja wam jeszcze pokażę” (śmiech). Mam za dużo marzeń. Idę sobie swoją drogą. Się rozpędzam.

P.T.: Jak pomyślałaś, tak zrobiłaś. Zaczęłaś koncertować po całej Polsce ze swoim projektem „Blues symfonicznie”.

M.U.: Tak. Blues symfonicznie to projekt w którym gram swoje ulubione utwory, rozkochałam się w nich jakich czas temu. To piosenki wykonawców z przełomu lat 60. 70. Tomek Filipczak z którym współpracuje napisał partytury, na cały skład orkiestry symfonicznej, sekcje rozrywkową i się zaczęło.

 

P.T.: Ale dlaczego od razu orkiestra i symfonie? Nie można było zrobić czegoś prostszego, z mniejszą ekipą ludzi?

M.U.: Czym większe wyzwanie tym większa satysfakcja. Boję się różnych sportów ekstremalnych to sobie śpiewam [śmiech]. A jak już człowiek raz spróbuje to koniec! Tak to chyba działa. Potrzebuję tej adrenaliny,  wymiany energii z publicznością.  Żyję takim koncertem dwa tygodnie przed i dwa po. Wszystko analizuję, wspominam... Moje życie polega na wspomnieniach i marzeniach. Od zawsze tak było.

P.T.: Przyznasz, że niełatwo namówić na taki pomysł 40 osób...Jak na to reagowali muzycy?

M.U.: Ponoć mam siłę przekonywania. Muszę tylko sama mocno w to wierzyć. Później pozostaje mi tylko zarażać innych. Od samego początku chciałam współpracować z najlepszymi muzykami, ale przede wszystkim z ludźmi. Atmosfera w zespole to pół sukcesu, jak nie cały. To dzięki nim mam z tego co robię taką satysfakcję. Dumna jestem, że mogę stać wśród nich.

P.T.: A jaki feedback masz od słuchaczy? Jak oni reagują na te koncerty?

M.U.: Mówią często, że przypominają sobie okres dzieciństwa, młodości. Dla niektórych to te lepsze czasy. Ludzie się wzruszają. Opowiadają o swoich odczuciach. Czuć, że wychodzą jakby szczęśliwsi. Cały czas nie wiem tylko jak to się dzieje, że zawsze mamy pełną sale. To naprawdę dla mnie wielka zagadka (śmiech).

P.T.: W dobie fame'u w Social Mediach, Ty wybrałaś niełatwą drogę. Grasz stare kawałki w dodatku z orkiestrą. Czy uważasz, że Twoja muzyka jest w stanie porwać miliony? Po co to robisz?

M.U.: Ja wiem, że nie jestem modna, nawet modnie się nie ubieram (śmiech), to nie do końca jest tak, że jest tylko ten blues. Bluesmanką nigdy nie byłam i już nie będę. Ja gram po prostu stare utwory. Urzekają mnie w nich teksty, które opowiadają jakąś historię no i te ponadczasowe melodie. Tak czuję, nie chcę oszukiwać siebie i innych. Realizuję swoje stare marzenia, takie w których mogę czuć się spełniona, czekając na te nowe.

P.T.: Patrząc na Twojego Facebooka, czy instagrama, ja nie widzę osoby, która dba o ilości like'ów.

M.U.: Nie lubię być fajna na siłę. Jestem fajna w domu dla tych, którzy mnie znają. Myślę, że nikt mnie aż tak bardzo nie lubi, żeby chciał oglądać co jadłam na śniadanie we wtorek. To trochę bez sensu wpychanie ludziom bułki na siłę.  Będą piękne piosenki może mnie ktoś zechce polubić. Taka umowa ;)

P.T.: Co Ci daje największego kopa w życiu?

M.U.: Chyba mój tata jak zadzwoni z pytaniem: „Co tam córka nowego”? Generalnie jesteśmy normalni (śmiech). Czuje, że nikt tak w życiu szczerze się nie cieszy z mojego szczęścia jak rodzice. U nas w domu nie było słowa "nie". Dlatego teraz dobieram sobie takich ludzi z którymi mogę wszystko. Zdecydowanie największego kopa w życiu dają mi ludzie. Tyle im zawdzięczam, tym samy jestem im winna tej platyny [ śmiech]

P.T.: Czy uważasz, że zasady są ważne w życiu?

M.U.: Ja mam swoje zasady i dobrze mi z nimi, polecam. Najważniejsze z nich to kochać ludzi, szanować siebie i innych. Tak będzie fajniej na świecie.

P.T.: Nie chcę pytać o płytę bo wiem, że na początku drogi muzycznej to niewygodne pytanie, ale jaka jest ta prawdziwa Marzena Ugorna?

M.U.: Ta Marzena chciałaby dać ludziom więcej radości, ale nie tej takiej skocznej pozornej, bardziej takiej radości w sercu. Ale jeszcze do końca nie wiem jak to zrobić, bo nie mam dostatecznego materiału na płytę.

 

 

Tekst i zdjęcia: Patrycja Toczyńska