KITESURFING PO MISTRZOWSKU
NA KITE’OWYM PODIUM PUCHARU ŚWIATA I EUROPY STAWAŁ JUŻ KILKADZIESIĄT RAZY. ILE TRZEBA POŚWIĘCIĆ ŻEBY ZOSTAĆ SIEDMIOKROTNYM MISTRZEM W KITESURFINGU? O SWOJEJ PASJI
I ŻYCIU ROZMAWIA Z NAMI VICTOR BORSUK.

Joanna Yoart: Jak to wszystko się zaczęło? Co takiego wydarza się w życiu chłopaka, że postanawia rozpocząć przygodę z latawcem?

Victor Borsuk: To rodzice zakorzenili takie zacięcie sportowe. Miałem szczęście, że od małego mogłem wybierać. Były narty, snowboard, piłka nożna, siatkówka czy lekkoatletyka. Mój dziadek był akademickim mistrzem Polski na 100 metrów, więc od dziecka miałem o 7 rano gimnastykę. Później przeniosłem się do Polski i tata zaczął nas zabierać na półwysep helski na którym wówczas nikogo nie było, a Ci którzy teraz przyjeżdżają, to wiedzą, że stoi się tam w korkach po 3-4 godziny. My wtedy na otwartej przestrzeni campingu mogliśmy grać sobie w golfa, ponieważ nie było żadnej przyczepy
i tam zaczęliśmy
23 lata temu pływać na windsurfingu. To była super przygoda! Od tego się zaczęło, a później pojawiły się pierwsze latawce na wodzie. To zamiotło cały windsurfing, który wydawał się wtedy ikoną sportów wodnych. Nagle pojawili się goście, którzy zaczęli latać po 10-15 metrów w górę z latawcem. Pamiętam, jak siedziałem mając 10-12 lat i ich podziwiałem. Miałem to szczęście, że tego sportu spróbował mój tato, potem mnie w to włączył i tak to się zaczęło. To był początek fali.

J.Y.: Dużo musiałeś poświęcić? Chodziłeś wówczas do szkoły. Czy latawiec był tylko w weekendy?

V.B.: Jak spojrzymy za kulisy, to poświęciłem się temu sportowi w 100%, ale miałem wsparcie rodziców i sam też miałem takie zacięcie. Gdy miałem 14 lat, tata zadał mi pytanie czy chciałbym zawodowo uprawiać kitesurfing, ale będzie to się wiązać z częstymi wyjazdami i większą ilością nauki. Pomyślałem: ale jak to więcej uczyć się w szkole? To bzdura, więc nie wiem czy mi się chce. Nie było tak, że od razu rzuciłem się w wir tego sportu. Jednak od samego początku kiedy już się zdecydowałem, zaczął się trening codziennie. Jak miałem 14, 15, 16 lat to trenowałem po 7 dni
w tygodniu. Trenowałem w domu na drążku
obrotowym, robiłem salta żeby lepiej szły mi rotacje w powietrzu, biegaliśmy z kolegami po parku i robiliśmy to, co dzisiaj nazywa się parkourem. Wymyśliłem sobie też, że jak chcę być sportowcem, to nie mogę pić alkoholu, a jak miałem 15 lat to koledzy zaczęli eksperymentować, próbować. Wiedziałem, że nie mogę tak robić
i przekuwałem to na treningi i szkołę. Byłem też bardzo ciężki,
bo jeśli ktoś nie miał ze mną wspólnego tematu, czyli kitesurfingu, to nie za bardzo chciało mi się udzielać towarzysko. Chciałem robić salta, więc miałem grupę kolegów z którymi skakałem.

J.Y.: Czyli Twoje treningi wyglądały wtedy parkourowo?

V.B.: Parkourowo i przede wszystkim siłowo. Tężyzny fizycznej nabrałem już w wieku nastu lat. Bo to też nie było tak, że wymyśliłem sobie ten drążek
i zacząłem od razu na nim ćwiczyć. Zdarzyło się spaść, 
stracić przytomność czy skręcić kostkę. Nikt mi nie mówił jak mam na tym trenować, więc kombinowałem sam. Oglądałem filmiki, klatka po klatce, miałem rozpisane wszystkie tricki i ewolucje. Nazwałbym to nawet skrajnym zapatrzeniem
w sport. To było całe moje życie.

J.Y.: Masz te kartki do dzisiaj?

V.B.: Już ich nie mam, ale wszystko mam w głowie.

J.Y.: Czyli stało się to Twoim stylem życia?

V.B.: Tak. Jakby się zastanowić to kitesurfing jest tym, co mnie definiuje. Teraz udało mi się to rozszerzyć o inne dziedziny: prowadzę obozy i wyjazdy po świecie, traktuję też to jako biznes. Wcześniej była to pasja, zajawka, chciałem być najlepszy i szedłem jak burza.

J.Y.: Teraz jesteś wzorem, instruktorem dla dzieci i dla dorosłych, tak?

V.B.: Te tysiące godzin, które poświęciłem kitesurfingowi i zastanawiałem się jak robi się różne rzeczy, przekuły się na to i obecnie szkolę również dorosłe osoby. Fajne jest jak dostaję gości, którzy mają 45 lat, osiągnęli duży sukces
w biznesie i lubią go osiągać również w innych dziedzinach życia. Nagle wchodzą na kite’a, a tam się okazuje, że cały czas mogą iść do przodu i to jest uzależniające. Zarówno dzieci i dorośli mogą się rozwijać w tym sporcie, a ja mam to szczęście, że mam karty, których się wyuczyłem będąc dzieckiem
i teraz mogę z nich uczyć.

 

J.Y.: A kogo łatwiej nauczyć? Z kim łatwiej pracować -
z dzieciakami czy z biznesmenami 50-cio prawie letnimi?

V.B.: Jedno i drugie jest fajne. Nie da się jednoznacznie powiedzieć, gdyż są jednostki, które są bardzo utalentowane i takie, które nie mają tej determinacji - trzy razy się wywrócą, uderzą lekko o wodę i już się im odechciewa. Ale to też tak chyba jest w życiu - albo ktoś jest zacięty i chce coś osiągnąć, albo nie.

J.Y.: A może to jest teraz taka moda? Każdy ma latawiec, to ja też!

V.B.: To jest modny sport. Fajnie się go uprawia, przede wszystkim jest dostępny i każdy może się go nauczyć. Dobry tydzień wiatru jest dla wszystkich wystarczający, by zacząć pływać. Wszystko jednak zależy od podejścia. Ten sport daje niesamowitą wolność. Jesteś Ty, dookoła woda, wiatr i nagle się okazuje, że jesteś panem swojego losu i jedynym sprzymierzeńcem jest wiatr. Ja cały czas mam ten sam fun!

 

J.Y.: Masz jeszcze inne pasje, coś co Cię inspiruje i pochłania? Czy nie masz na to czasu?

V.B.: Kitesurfing  bardzo dużo czasu zajmuje z mojego życia, ale staram się uprawiać inne sporty.

J.Y.: A skutery?

V.B.: Skutery mniej. Mam świadomość, że jak przegnę, a lubię przeginać, to łatwo zrobić sobie krzywdę.

J.Y.: Czyli nie umiesz sobie wyznaczać granic?

V.B.: Staram się być dobry we wszystkim. Miałem np. motocykl, ale stwierdziłem, że to nie jest jednak dobry pomysł, gdyż za szybko się nakręcam.

J.Y.: Czerwona lampka sama Ci się zapala czy ktoś Ci coś mówi?

V.B.: Sama. Byłem dzieckiem, które wiedziało czego chce. W wieku 16 lat sam stwierdziłem, że polecę na Dominikanę. Moi rodzice powiedzieli - Ok, chcesz to leć. Nie do końca wiedziałem co i jak, ale doleciałem do miejsca w którym chciałem być i wystartowałem w pucharze świata. Jak miałem 18 lat to dowiedzieli się z kolei, że wylatuję na pół roku do Australii. Ja zawsze wiedziałem czego chcę. Nigdy nie miałem niepewności.

J.Y.: Teraz jesteś na długie lata związany z Polską, nie planujesz jakichś dłuższych wyjazdów?

V.C.: Spędzam pól roku poza Polską. Organizuję wyjazdy np. do Brazylii. W tym roku robię sylwestra w Wietnamie, teraz jadę na Rodos, a w wakacje siedzę 2 miesiące na Helu i prowadzę obozy dla dzieci. Staram się ich inspirować, tłumaczyć na czym polega zawodowe uprawianie sportu, jak radzić sobie ze stresem. To są wszystkie te pigułki, które sam musiałem pozjadać. Zdarzało się, że dostawałem odruchów wymiotnych przed zawodami, nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić.

J.Y.: I co wtedy robisz? Jak się wyciszasz i skupiasz?

V.C.: Przede wszystkim trzeba się sobą zająć. Ja uwielbiam rytm zawodów. Mam krok po kroku wyznaczone zadania: że muszę przygotować sprzęt, wytrymować, napompować. Jak wpada się w taki rytm to nie mam czasu zastanawiać się nad tym co mnie stresuje.

J.Y: Musisz mieć dużo takich zagłuszaczy?

V.C.: Tak. Jedna rzecz może wytrącić człowieka z równowagi.

J.Y.: Dziewczyna na przykład?

V.C.: To jest złota zasada, której żadna z moich dziewczyn nie była nigdy w stanie zaakceptować - nie ma dziewczyny na zawodach. Nie i koniec. To jest naprawdę ciężkie, ale to jest duży rozpraszacz. Zdarza się, że wpadam w trans i chce sobie zwizualizować to, co zrobię i muszę wtedy odejść. A to już jest trudne do zrozumienia. Wręcz nieludzkie. Świr jakiś.

J.Y.: Czyli dziewczyny nie rozumieją pasji?

V.C.: Rozumieją, ale nie moich skrajnych przyzwyczajeń. To też wymaga od kobiet dużej determinacji -  żeby być ze sportowcem i zrozumieć, że jakoś na pierwszym miejscu jest sport. Działam w różnych dziedzinach, między innymi w biznesie i tutaj jest tak samo- jak się na czymś skupiam, to się skupiam i nie lubię jak ktoś próbuje mnie zrzucić z torów. No i kobiety. A to są mądre kobiety, które są w stanie dać sobie radę z takimi gośćmi.

J.Y.: A co cenisz w kobietach? Czy imponuje Ci pasja? To, że są podobne do Ciebie czy wręcz przeciwnie - uległość i kobieca delikatność?

V.C.: Imponuje mi jak kobieta potrafi się sobą zająć. Ma swoje cele, chce się realizować. To jest dla mnie inspiracją. Kobiety, które wiedzą czego chcą, też nigdy się nie nudzą. Kiedy ja mam swoje fale transu, ona ma swoje rzeczy do zrobienia i w pewnym momencie łączymy nasze ścieżki. To jest fajna partnerska relacja.

J.Y.: Czyli każdy ma swój zbiór który się łączy?

V.C.: Tak, to ma być przyjemność - łączenie tych zbiorów, a nie na zasadzie, że jedna osoba przykleja się do drugiej.

J.Y.: A co robisz kiedy nie wieje wiatr?

V.C.: Ponieważ miałem taką sytuację, że zderzyłem się z poważnymi kontuzjami i fizyczność nie pozwoliła mi na pływanie na kicie-  czyli całe życie które znam stanęło na skraju, a chciałem kontynuować to życie, to zająłem się biznesem - obozy, wyjazdy, przedsięwzięcia eventowe. Ale poza tym kiedy nie pływam, to czytam dużo.

J.Y.: Co czytasz?

V.B.: Najróżniejsze książki, a czytam ich kilkadziesiąt, do stu rocznie. Od Maria Puzo, poprzez branżowe, biznesowe książki, aż po biografie Arystotelesa,
a nawet książki o Agassim. Głównie chodzi o to, by nie tracić czasu.

J.Y.: Jest jakaś książka, która wpłynęła na Twoje życie? Wstrząsnęła Tobą
i postanowiłeś coś wtedy zmienić?

V.C.: A Ty masz taką książkę?

J.Y.: Tak, Hermanna Hessa. Jego książki zmieniły moje życie.

V.C.: Ciężko mi jest odpowiedzieć, czy była jakaś jedna, która wpłynęła na moje życie. Gdy byłem młodszy, to uwielbiałem książki fantasy. Podobała mi się tam tematyka rozwoju bohatera, który od najmłodszych lat kształcił się, rozwijał. To była inspiracja dla mnie. Potem jak zacząłem pływać to myślałem, że też tak chcę.

J.Y.: A czy samemu można się nauczyć pływać?

V.C.: Moim zdaniem nie. Jeśli ktoś nie zna podstaw, to można sobie łatwo krzywdę zrobić. Będąc z instruktorem od samego początku uczysz się systemu bezpieczeństwa i wtedy jest ok. Uczenie się samemu, czy z książki jest makabrycznym pomysłem. To widać od razu jak ktoś na plaży próbuje uczyć się z książki i wtedy najlepiej zabrać im latawiec, można się z nimi pokłócić, a nawet pobić, bo oni stwarzają zagrożenie dla wszystkich dookoła.

J.Y: Gdzie widzisz się za 10 lat?

V.C.: Jakiś czas temu poczułem, że chciałbym mieć dzieci. Chciałbym stworzyć im taką samą możliwość jaką ja miałem. Kocham to życie! Przejechałem cały świat. Mieszkałem w Szwecji i Australii, ale uważam, że najlepsza jest Polska.

Victor Borsuk

Kite Park