EXCENTRYCY WŁODZIMIERZ KOWALEWSKI TO PORUSZAJĄCA POWIEŚĆ, W KTÓREJ LIRYZM SPLATA SIĘ Z IRONIĄ, A MELANCHOLIA Z GROTESKĄ. O ZŁAMANYCH PRZEZ WOJNĘ LUDZIACH, O MUZYCE, GRANEJ NA PRZEKÓR PONUREJ RZECZYWISTOŚCI - I O ZŁUDZENIACH.
Koniec lat pięćdziesiątych. Ciechocinek. Jesień. Opustoszały polski kurort, sypiące się pensjonaty, bieda i szarzyzna. Do Wandy – lwowskiej dentystki i śpiewaczki jazzowej – która po powrocie z zesłania osiadła w Ciechocinku, przyjeżdża z Anglii starszy brat, Fabian, emigrant, puzonista jazzowy i znakomity tancerz. Przed wojną grał na transatlantykach. Zakłada swingowy big band i zaskakująco szybko znajdują się ludzie, którzy chcą grać razem z nim – młodzi bikiniarze z przygrywającego na potańcówkach zespołu, gardzący muzyką stroiciel fortepianów, który w każdym pisarzu widzi homoseksualistę, dystyngowany doktor Vogt, klarnecista-amator, milicjant, który przed wojną był trębaczem…
Do złożonego z miejscowych dziwaków big bandu dołączają Wanda i tajemnicza femme fatale Modesta. Fabian i Modesta zostają kochankami. „Król i królowa swingu”, dwa barwne ptaki, żyją razem, zmagając się z trudną rzeczywistością tamtych lat. Pewnego dnia Modesta nagle znika, a historia miłosna zmienia się w opowieść z wątkiem szpiegowskim. Powieść Włodzimierza Kowalewskiego przeniósł na ekran Janusz Majewski. Jazz był religią mojego pokolenia. W pierwszych latach po wojnie, zanim zapadła noc stalinizmu, do Polski docierała prasa z Zachodu, radio i amerykańskie filmy, a z nimi ta porywająca muzyka. Byłem jedenaście razy na filmie Serenada w Dolinie Słońca, w którym występowała orkiestra Glenna Millera, legenda jazzu tamtych lat. Była to era swingu, era big bandów – wielkich orkiestr, era tańców boogie-woogie. Dla nas, dojrzewających wtedy młodzieńców, była to muzyka radości i nadziei, muzyka naszej przyszłości, która po makabrze wojny i traumy po niej, miała być piękna i wspaniała.
Chciałem, aby powstał film o sile optymizmu, o wierze w niezależność, o ciemności i nikczemności tamtych lat, o pięknie muzyki i miłości, o brzydocie kłamstwa i hipokryzji. Chciałem, aby był zabawny, ale nie głupi, żeby oddał klimat tamtych czasów, które znam z autopsji, żeby skłonił do refleksji, bo przecież to też jest jakaś cząstka naszej historii. – Janusz Majewski, reżyser filmu Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy.