BEATA SADOWSKA. 
DZIEWCZYNA, KTÓREJ CHCE SIĘ CHCIEĆ!


 


Mało jest osób tak naturalnych, szczerych i otwartych jak
Beata Sadowska. To taka osoba, która od progu wita Cię
chłodnikiem i traktuje w danym momencie jak najważniejszego
rozmówcę na świecie. Bez makijażu, uśmiechnięta i zarażająca
optymizmem - bo Beata oprócz tego, że od wielu lat jest cenioną
dziennikarką, to biega w maratonach, propaguje zdrowy styl
życia, wydała trzy książki „I jak tu nie jeść”, „I jak tu nie biegać”
i  wkrótce „I jak tu nie podróżować z dzieckiem”. Jest też
mamą dwóch synków, z którymi nie rozstaje się nawet podczas
maratonów. A jej ulubione powiedzenie? Można? Można. 

Patrycja Toczyńska: Gdybyś miała siebie opisać, to kim jest Beata Sadowska?

Beata Sadowska: Myślę, że jestem taką dziewczyną z sąsiedztwa, która
wszystko co ma zdobyła sama własną pracą. Zdobywałam krok po kroku,
szczebelek po szczebelku. Już w wieku 12 lat roznosiłam ulotki, a jak miałam
16 lat pojechałam do Londynu. To były trudne czasy. Ciężko pracowałam
do 23:30, ale zrozumiałam też, że wszystko jest możliwe. Limity mamy tylko
w głowie-bo jeśli coś się chce, to można to osiągnąć.

PT.: A jak patrzysz w lustro, to kogo widzisz po tej drugiej stronie?

B.S:. Chyba jeszcze dziewczynę, nie kobietę, choć metryka na to nie wskazuje,
ale myślę, że wiek jest w głowie. Jestem dziewczyną, której chce się chcieć.
Chce mi się biegać maratony, startować w triatlonach, chce mi się robić
głupoty, próbować nowych rzeczy, podróżować. Widzę mamę dwóch
chłopaków i cieszę się, że to chłopcy, bo są prości w obsłudze (śmiech).
U chłopców albo coś jest super, albo jest ryk. Widzę kobietę, która długo
dojrzewała do swojej kobiecości, bo jestem typem chłopczycy: obniżone
w kroku spodnie i trampki. Teraz wiem jednak, że ta kobiecość jest fajna.
Widzę bałaganiarę i uparciucha. To jest dobre i złe. Dobre bo realizuje się to,
co się chce, a złe bo jest to upierdliwe dla otoczenia. Na pewno nie odkładam
marzeń na później.

P.T.: A jak myślisz, jak postrzegają Cię inni?

B.S.: To śmieszne, ale chyba sprawiam wrażenie dosyć zimnej osoby, zdystansowanej, co kompletnie nie jest prawdą. Często postrzegano mnie jako panienkę z okienka, która jest po drugiej stronie ekranu: niedostępna. Telewizor buduje tamę między rzeczywistością, a wyobrażeniem ludzi o nas. Tak naprawdę jestem nieśmiałą dziewczyną i być może buduję wokół siebie mur ochronny, ale tylko po to, żeby się chronić.

P.T.: Zrobiłam research i spytałam przypadkowe osoby, kim jest Beata Sadowska? Pewnie Cię to zaskoczy, ale dla większość mówi, że to ta pani
co dużo biega i zdrowo je (śmiech). Wygrała jednak ta ludzka strona.

B.S.: Uff… to jest nieźle! (śmiech)

P.T.: Na stronie beatasadowska.com pojawiają się zakładki babie, eko, zdrowie, food, beauty, house, travel, sport, fashion, pets, kultura. Rozumiem, że jest to coś, co Cię kręci. Zacznijmy może od „babie”.

B.S.: Najfajniejsze w macierzyństwie jest to, że można wracać do świata który był kiedyś. Jeśli zniżysz się do poziomu pół czy 1 metra, to odkrywasz, że ten świat jest bardzo prosty. Nie potrzebujesz tysiąca odcieni szarości, bo albo jest dobrze, albo źle, albo smacznie albo blee. Świat nie jest skomplikowany, to my sobie wymyślamy przeszkody. To tak jak z obrazem, jak staniesz za blisko, to nie widzisz co na nim jest. Jak się cofniesz, to zauważasz, że tam jest słoń, dom itd. Dzieci też uczą pokory, wyzwalają niesamowite pokłady miłości, ale też w jednej chwili doprowadzają cię do ekstremum. Fajnie jest zauważyć to wszystko i przez to poznać siebie.

P.T.: No dobrze, a co z tym eko?

B.S.: Wiem, że nie zbawię świata, ale mogę choć trochę wpłynąć na 
otoczenie wokół siebie. Kupuję zdrowe jedzenie i ekologiczne proszki do
prania, bo wierzę, że nadmiar chemii szkodzi. Często też robię przegląd szafy
i pozbywam się nadmiaru rzeczy wymieniając się nimi z koleżankami. To
samo jest z zabawkami. Mój młodszy synek większość zabawek dostał po
starszych dzieciach. Nie trzeba ciągle kupować. Jeśli już coś mam kupić,
to staram się aby nie truło. Lubię np. ubrania z organicznej bawełny. Kawę
kupuję z napisem „fair trade”, żeby te pienią
dze trafiły do kogoś kto to
wyprodukował, a nie do wielkiego koncernu. Eko to też jedzenie. Zwracam
uwagę żeby w mojej diecie było dużo warzyw, owoców, kasz, orzechów,
olejów. Smarzę na oleju kokosowym i rzepakowym-ten ostatni jest świetny
dla dzieci. Rano wypijam szklankę wody z cytryną. To samo się tyczy
kosmetyków. Muszą mieć eko certyfikaty-to też jest ważne dla dzieci. Lubię
kosmetyki Dermy i polskiej młodej marki „Bio IQ”, która ma 99,99%
naturalnych składników. Już wkrótce w Gdańsku startujemy  z przyjaciółmi
z vege knajpą i cukiernią bez cukru: GUGA SWEET i GUGA SPICY – bez
glutenu, białego cukryu i białej mąki. Bez mięsa, z opcją wegańską.
Będzie zdrowo i pysznie!

 

P.T: Jak ważne jest dla ciebie zdrowie?

B.S.: Jak ktoś mnie pyta czego bym sobie życzyła, to mówię, że zdrowia.
Jak jest zdrowie, to jest wszystko. A co na to się składa? Zdrowe odżywianie,
sport, sen.

P.T.: A beauty?

B.S.: To znów zwracanie uwagi na kosmetyki, ale prawdziwe beauty jest
w nas. Dla mnie beauty znaczy mniej przetworzone. Nie mam nic przeciwko
medycynie estetycznej, ale jeśli dziewczynie nie domykają się usta, albo ma
napompowane policzki, to wygląda karykaturalnie. Ja uważam, że można
wszystko, ale z umiarem. Trzeba znać granice. Chciałabym mieć więcej czasu
na masaże, czy wypielęgnowane paznokcie, ale na ogół mam niestety
obrzępolone i ciągle mało czasu na wszystko.

 

P.T.: A czym jest dla ciebie dom?

B.S.: Lubię design, architekturę. Lubię kiedy dom wkomponowuje się
w otoczenie. Lubię ekologiczne rozwiązania w domu, np zamiast telewizora
mamy Floramę z kwiatami, czyli taką ramę jak od telewizora, ale rośnie
w niej zieloność. Dom w sensie metaforycznym jest oazą, gdzie nie trzeba
udawać, zakładać masek. Lubię podróżować, ale zawsze się cieszę jak wracam.

P.T.: Dom - domem, ale też dużo przebywasz poza nim… 

B.S.: Uwielbiam. Od dziecka jestem powsinogą. Lubię podróże, bo uczą
– nie tylko świata, ale poznajemy siebie po prostu. Możemy zobaczyć coś
z innej perspektywy. Często jesteśmy nieszczęśliwi, albo zamartwiamy się
czymś, a są na świecie ludzie, którzy przez całe życie chodzą na bosaka i są
szczęśliwi. To daje nam możliwość popatrzenia na własne życie z innej strony.
Lubię podróże,  bo się doświadcza ludzi i smaków. Można się zgubić
w naturze i wyłączyć komórkę.

P.T: Ważną częścią Twojego życia jest też sport.

B.S.: Ja się po prostu lepiej czuję kiedy uprawiam sport. Sport daje zarówno dużo dla głowy jak i dla ciała.

P.T.:  Na twojej stronie jest też tajemnicza zakładka „fashion”...

B.S.: Lubię pójść na pokaz, ale jednocześnie nie lubię rozmów o niczym
w pierwszych rzędach. Wybieram pokazy projektantów, z którymi się
kumpluję i tych, którzy maja coś do pokazania. Moda to spektakl – i to
w niej lubię, choć na co dzień wybieram praktyczne rzeczy. A właśnie:
w domu mam polskie kafelki zaprojektowane przez: Maćka Zienia
i cementowe kafle od polskiej Purpury – Hiszpania niech się schowa!

P.T: Na twoim blogu oprócz dzieci, pojawia się też pies. Nieodłączny towarzysz w bieganiu i na spacerach. Dużo mówisz o zwierzętach.

B.S.:  Zwierzęta są dużo fajniejsze od ludzi. Mają więcej czułości, empatii
i naturalności. Jeśli zabijają, to dlatego, że muszą. Są dużo bardziej
humanitarne od ludzi. Nie robią tego dla zysku czy pieniędzy. Poza rybami
z których też w przyszłości zrezygnuję, nie jem zwierząt. Jest mi ich po
prostu szkoda. Nie zgadzam się na kury w klatkach i psy na łańcuchach.

 

P.T.:  15 czerwca jest premiera twojej książki „I jak tu nie podróżować
(z dzieckiem)”. Skąd pomysł na taki tytuł?

B.S.: Jak pisałam książkę, to Tysio miał dwa lata. Przez te dwa lata był
z nami w Argentynie, Brazylii, Hiszpanii, Egipcie, Izraelu oraz w Nowym
Jorku i Londynie na maratonach. Chcieliśmy z moim Pawłem (bo tę książkę
napisaliśmy wspólnie) pokazać, że dziecko nie musi nam odbierać pasji.
Nawet jeśli nasz świat wywraca się do góry nogami, to nie znaczy, że nasze
życie wraz z urodzeniem dziecka się tak dramatycznie zmienia. To kwestia
decyzji w głowie. Dziecko nie jest kulą u nogi. Kosma miał dwa miesiące jak
poleciał ze mną do Londynu na sesję zdjęciową. Spokojnie dał radę, przespał
podróż w samolocie i doskonale radził sobie na planie. Przede wszystkim jest
to książka o odkrywaniu świata i o tym, że ten świat fajnie jest odkrywać
z maluchami, bo widzi się trochę więcej, inaczej niż solo.

P.T: Czyli następna podróż już w czworo?

B.S.: Nawet więcej. Jedzie też nasz pies, a gdyby nie to, że rodzice buchnęli mi kota, to i kot by z nami podróżował. Jak gdzieś dobijaliśmy, to ludzie otwierali oczy ze zdziwienia, ile towarzystwa wytacza się z samochodu. Brakowało papugi i tańczących myszek (śmiech).

P.T.: W ciągu 2,5 roku wydałaś trzy książki i urodziłaś dwójkę dzieci. Jak w tak krótkim czasie można tyle osiągnąć?

B.S.: Pewnie Paweł (patner Beaty) by powiedział, że to jest okupione
sajgonem, bałaganem i tym, że ze mną nie da się nic ustalić. Ja zawsze
żyłam intensywnie i to lubię. Czasami mi się plączą sznurówki i się potykam
o własne nogi, ale to jest też dowód na to, że dzieci nie przeszkadzają.
Pisałam z Tyśkiem na kolanach i Kosmą w brzuchu. To nie jest tak, że jak
się rodzi dziecko to trzeba siedzieć w domu i zasłonić czarne kotary. Jak się
ma ochotę na życie, radość z każdej chwili i docenia się drobiazgi – to się
jakoś samo plecie. Cieszyłam się z każdego napisanego zdania, rozdziału.
Ja mam tak, że jak biegnę w maratonie i każdy widzi jeszcze 41 km przed
sobą, a maraton ma 42 km, to ja nie widzę tego ile mi jeszcze zostało, tylko
ile już przebiegłam. Jak się chce i ma się radość z życia i taki naiwny optymizm
- to wtedy jest łatwiej. Trzeba też być ciekawym świata i ludzi, bo bez tego się nie uda.

Tekst i zdjęcia: Patrycja Toczyńska