2

ALEJA TAJEMNIC

JOHN IRVING

CZTERNASTOLETNI JUAN DIEGO, KTÓRY URODZIŁ SIĘ
I DORASTAŁ W MEKSYKU, MA MŁODSZĄ SIOSTRĘ LUPĘ, KTÓRA MYŚLI, ŻE ZNA PRZYSZŁOŚĆ, ZWŁASZCZA SWOJĄ I BRATA. JEST TELEPATKĄ, CZYTA W MYŚLACH I UMIE BEZBŁĘDNIE ROZSZYFROWAĆ PRZESZŁOŚĆ WIĘKSZOŚCI LUDZI, Z KTÓRYMI MA DO CZYNIENIA. Z PRZYSZŁOŚCIĄ JEDNAK RÓŻNIE BYWA. DO CZEGO SIĘ POSUNIE, ABY ODWRÓCIĆ BIEG PRZEZNACZENIA? CO CZEKA JUANA DIEGO? PRZECZYTAJCIE FRAGMENT KSIĄŻKI.

Następna strona Fragment książki „Aleja Tajemnic” Johna Irvinga. „Gdy dzieci z wysypiska miały po kilkanaście lat, najczęstszym snem Juana Diego nie był koszmar. Chłopiec często śnił o lataniu – chociaż nie do końca, gdyż była to podniebna, dziwaczna czynność mająca niewiele wspólnego z „lataniem”. Sen zawsze przebiegał tak samo: ludzie podnosili głowy i widzieli Juana Diego spacerującego po niebie. Z dołu – czyli z ziemi – chłopiec wyglądał tak, jakby ostrożnie stąpał do góry nogami po nieboskłonie. (Wydawało się też, że liczy pod nosem). Nie było w tym nic spontanicznego – nie leciał swobodnie jak ptak ani też nie parł naprzód z impetem samolotu. A jednak w tym nawracającym śnie Juan Diego czuł, że znajduje się tam, gdzie jego miejsce. Gdy patrzył w dół ze swojej pozycji, do góry nogami, widział wzniesione ku niebu, zaniepokojone twarze gapiów. Opisując ten sen Lupe, dodawał: „W każdym życiu nadchodzi chwila, kiedy trzeba się puścić – oburącz”. Oczywiście dla trzynastolatki nie miało to żadnego sensu – nawet dla normalnej trzynastolatki. Odpowiedź Lupe była kompletnie niezrozumiała, nawet dla Juana Diego. Któregoś razu, kiedy zapytał o jej zdanie na temat snu o podniebnym spacerze do góry nogami, jak zwykle była tajemnicza, ale przynajmniej zrozumiał, co powiedziała. – To sen o przyszłości – oznajmiła. – Czyjej? – zapytał Juan Diego. – Nie twojej, mam nadzieję – ucięła jeszcze bardziej tajemniczo. – Ale ja uwielbiam ten sen! – zaoponował. – To sen o śmierci – skwitowała Lupe. Lecz teraz, gdy miał już swoje lata, beta-blokery położyły kres dziecięcym snom o chodzeniu po niebie i Juan Diego nie przeżywał na nowo koszmaru owego ranka sprzed lat, kiedy został kaleką w Guerrero. Trochę mu go brakowało.
Następna strona Poskarżył się swojej lekarce. – Beta-blokery blokują moje wspomnienia! – zawołał. – Kradną mi dzieciństwo… Obrabowują ze snów! – Dla lekarki cała ta histeria znaczyła tylko, że Juanowi Diego brakuje przypływu adrenaliny. (Beta-blokery duszą ją w zarodku). Lekarka, rzeczowa Rosemary Stein, przyjaźniła się z Juanem Diego od dwudziestu lat i doskonale znała jego napady histerii. Wiedziała też, z jakiego powodu przepisała Juanowi Diego beta-blokery: jej serdecznemu przyjacielowi groził atak serca. Miał nie tylko wysokie ciśnienie (sto siedemdziesiąt na sto), ale i prawie niezbitą pewność, że jego matka i jeden z potencjalnych ojców zmarli na zawał – matka na pewno, w młodym wieku. Nie brakowało mu adrenaliny – hormonu walki i ucieczki, uwalnianego w chwilach stresu, strachu, zagrożenia oraz tremy, a także w czasie zawału. Adrenalina odprowadza krew z trzewi i pompuje ją do mięśni, aby umożliwić ucieczkę. (Być może czytelnik z wysypiska ma większą potrzebę adrenaliny niż większość ludzi). Beta-blokery nie zapobiegają atakom serca, tłumaczyła doktor Stein Juanowi Diego, blokują jednak receptory adrenaliny w ciele, chroniąc tym samym serce przed zgubnymi skutkami jej uwolnienia w czasie zawału. – Gdzie są moje cholerne receptory adrenaliny? – zapytał Juan Diego doktor Stein. (Przekornie nazywał ją „doktor Rosemary”). – W płucach, naczyniach krwionośnych, sercu… prawie wszędzie – odpowiedziała. – Adrenalina przyspiesza tętno. Łapiesz oddech, włoski na rękach stają ci dęba, źrenice się rozszerzają, a naczynia krwionośne kurczą. W razie ataku serca nie wróży to nic dobrego. – A cóż może być dobrego w razie ataku serca? – Juan Diego nie odpuszczał. (Dzieci z wysypiska to prawdziwe uparciuchy). – Spokojne, odprężone serce, które bije powoli, a nie coraz szybciej – oznajmiła doktor Stein. – Pacjent na beta-blokerach ma powolne tętno, które nie przyspieszy, choćby nie wiem co.
Niektórzy pacjenci na beta-blokerach skarżą się na apatię, znużenie, szybko się męczą podczas aktywności fizycznej, ale w jego wieku – miał pięćdziesiąt cztery lata – cóż go to mogło obchodzić? Od czternastego roku życia był kaleką, oprócz kuśtykania nie uprawiał żadnego sportu. Przez czterdzieści lat dosyć się nakuśtykał. Nie życzył sobie więcej aktywności! Owszem, chętnie poczułby się bardziej żywy, nie taki „skurczony” – jak mawiał, opisując wpływ beta-blokerów w kontekście swojego braku libido. (Nie mówił, że jest impotentem; rozmowa zaczynała się i kończyła na określeniu „skurczony”) – Nie wiedziałam, że jesteś w związku seksualnym – powiedziała doktor Stein; tak naprawdę wiedziała, że nie jest. – Moja droga doktor Rosemary – odparł Juan Diego. – Gdybym był w związku seksualnym, z całą pewnością byłbym skurczony. Zapisała mu viagrę – sześć tabletek na miesiąc, sto miligramów – i poradziła eksperymentować. – Nie czekaj, aż kogoś poznasz – dodała. Nie czekał; nikogo nie poznał, ale eksperymentował. Doktor Stein co miesiąc dawała mu nową receptę. – Może wystarczy pół tabletki – powiedział jej Juan Diego po swoich eksperymentach. Gromadził niewykorzystane tabletki. Nie narzekał na efekty uboczne po viagrze. Dzięki niej miał erekcję, mógł osiągać orgazm. Zapchany nos to żaden problem. Efektem ubocznym po beta-blokerach jest bezsenność, ale dla Juana Diego nie było w tym nic nowego ani szczególnie denerwującego: leżenie po ciemku sam na sam ze swymi demonami prawie dodawało mu otuchy. Wiele demonów towarzyszyło mu od dzieciństwa – znali się jak łyse konie. Przedawkowanie beta-blokerów może powodować zawroty głowy, a nawet omdlenia, lecz Juan Diego nie martwił się ani jednym, ani drugim. – Kaleka umie się przewracać, upadek to dla nas nic wielkiego – mawiał. Mimo to bardziej niż kłopoty z erekcją martwiły go chaotyczne sny; twierdził, że zarówno jego wspomnieniom, jak i snom brakuje porządku chronologicznego.
Nie znosił beta-blokerów, bo zaburzając jego sny, odcinały go od dzieciństwa, a dzieciństwo znaczyło dla niego więcej, niż zdawało się znaczyć dla innych „dorosłych” – przynajmniej ich większości, uważał. Dzieciństwo, ludzie wówczas spotkani – którzy zmienili jego życie bądź stali się świadkami ważnych dla niego zdarzeń – stanowili jego namiastkę religii. Na przekór ich przyjaźni doktor Rosemary Stein nie wiedział a o nim wszystkiego, o jego dzieciństwie zaś bardzo mało. I nie rozumiała, skąd u niego ten niecodzienny ostry ton, kiedy rozmowa schodziła na beta-blokery. – Wierz mi, Rosemary, nie narzekałbym, gdyby beta-blokery odebrały mi wiarę! Przeciwnie, prosiłbym, żebyś każdemu je przepisywała! Doktor Stein uważała to za kolejny przejaw jego skłonności do przesady. Bądź co bądź, poparzył ręce, gdy ratował książki z pożaru – nie wyłączając tych o katolickiej historii. Ale Rosemary Stein znała jedynie urywki z jego życia na wysypisku, wiedziała więcej o jego późniejszym życiu. Chłopca z Guerrero tak naprawdę nie znała wcale.”